Wyszukaj

Nigdy nie będziesz szła sama. Dlaczego popieram Strajk Kobiet i prawo do legalnej aborcji na życzenie

Podziel się

Nie było nas długo, ale jak wracać, to z ważnym tematem. 😉 Strajk Kobiet nabrał takiego rozmachu, że nie sposób go zignorować. Jestem za jego postulatami całym sercem i nawet jeśli pozornie “nic nie da”, to czuję, że jego echo będzie słyszalne jeszcze bardzo długo i że zwiastuje początek końca patologicznej władzy.

Spór o definicję życia

Można szczuć słowemmożna szczuć modlitwąmożna dzielić ludzi, ciąć krzyżem jak brzytwą. Władza dobrze o tym wie i przekracza coraz więcej granic, próbując skłócać ze sobą kolejne grupy społeczne. Dlaczego to się udaje? Ano dlatego, że daliśmy sobie wmówić, przez rząd i medialne bańki informacyjne, że mamy jakiegoś wroga, że ten wróg zawsze musi być. Weź katolika – powiedz mu, że ludzie, którzy mają tęczę w oknie, ruchają w tym mieszkaniu małe dzieci. Weź geja – powiedz mu, że ta staruszka z różańcem chce go wysłać do piekła. Obecnie, żyjąc w Polsce, musisz wrzucić się do którejś szufladki i bluzgać z niej na wszystkie inne. Gdy orientujesz się, że poza twoją szufladką w ogóle istnieją inne, czujesz wściekłość, strach, niepokój. Nieważne: lewa, centryczna czy prawa strona. Każde z nas to czuje.

Nie inaczej jest w przypadku sporu Strajk Kobiet i o prawo kobiet do aborcji. W każdej dyskusji na ten temat ściana pojawia się w momencie, w którym jedna ze stron mówi o płodzie, a druga o człowieku. To jest kwestia niemożliwa do rozwikłania. Część uważa, że byt pozbawiony świadomości nie jest człowiekiem, a na pewno nie jest cenniejszy niż życie dorosłej kobiety (ja tak uważam). Dla drugiej części filarem moralnym jest religia, a przynajmniej tradycja katolicka. Zakłada ona, że życie zaczyna się w momencie zapłodnienia. Nie ma tu kompromisu. Jest to spór nie do rozwiązania. Nie możesz postawić się po obu stronach ani po żadnej z nich.

Wolność człowieka kończy się tam, gdzie…

…zaczyna się wolność drugiego człowieka. Ciekawe, że obie strony sporu lubią rzucać tym cytatem w dyskusji o aborcji i o tym, czy Strajk Kobiet jest słuszny. Znów indywidualna staje się kwestia: “jeszcze płód czy już człowiek?”. Ja mówię głosem “lewackim” z kilku powodów. Pierwszy jest oczywiście taki, że z religią katolicką łączy mnie jedynie to, że zostałam ochrzczona i wrzucona w tę organizację, gdy byłam nieświadomym dzieckiem. Jestem już jednak bliska decyzji o apostazji. Nie podzielam założeń Kościoła katolickiego i nie chcę być jego częścią w żadnym z możliwych sensów. Oprócz tego widzę jednak istotną różnicę między kształtem postulatów lewej i prawej strony. My, feministki i feminiści, mówimy: “niech każda kobieta ma prawo s a m a zdecydować, czy chce urodzić dziecko czy nie”. Skoro spór o moment, w którym zaczyna się życie, jest nierozwiązywalny – niech każda osoba, która jest ciężarna, rozwiąże go sama, w zgodzie z własnym sumieniem. Nie opresjonujemy i nie zamierzamy opresjonować kobiet, które decydują się na poród – nawet taki, który zagraża jej życiu. Sama nie chciałabym urodzić dziecka z tak zwanej wpadki, nie będąc na nie życiowo gotowa (nie chciałabym być beznadziejną matką). Nie urodziłabym dziecka gwałciciela ani dziecka, którego urodzenie mogłoby mnie zabić. Jeśli jednak jakaś kobieta tego chce – to jest okej. To jest jej życie. Tymczasem antyaborcjoniści bezpardonowo przekraczają granice mojej autonomii. Próbują mi powiedzieć, że MUSZĘ urodzić KAŻDE dziecko, bo tak nakazuje ICH system wartości. Mówią, że walczą o życie. Nie moje. Nie dorosłej świadomej, myślącej i czującej osoby. Walczą o byt, który jest człowiekiem w ich świecie – nie w moim. Nie dziwię się, że robią to z taką zajadłością, skoro w ich mniemaniu podejmują walkę o – tak jak ja – świadomą, myślącą i czującą osobę. W dodatku bezbronną, bo to dziecko, które nie może zabrać głosu i powiedzieć, czego pragnie. Jednak gubi im się istotny fakt: że ja też jestem, nadal jestem i nie muszę podzielać ich systemu wartości, bo ta kwestia nie jest rozwiązywalna.

Wkurwiają mnie też desperackie próby manipulacji. Nasza ukochana Kaja Godek, odkąd tylko zaczął się Strajk Kobiet, przekonywała ludzi, że na ulice wychodzą kobiety, które chcą mordować dzieci z zespołem Downa. Cała jej retoryka sprowadzała się do ratowania “muminków” przed feministkami wysłanymi przez samego diabła. Czytając i słuchając jej ścieków, można by mieć wrażenie, że mówiła o zupełnie innym proteście z jakiegoś równoległego świata. Jest ona tylko reprezentatywnym przykładem, bo głosów o mordowaniu chorych dzieci było od cholery i jeszcze więcej. Takie wyrażenia są obrzydliwym graniem na ludzkich emocjach, wspomnianą przeze mnie na początku tekstu próbą tworzenia wroga. Żeby ludzie chcieli się na wroga rzucić z pazurami, musi być wyjątkowo wyrachowany i niebezpieczny – musi “mordować niepełnosprawne dzieci”. Dalej: próbowano wycierać sobie twarze osobami z niepełnosprawnościami. Tworzyć autorytety z rodziców, którzy wychowują dzieci cierpiące na różne wady genetyczne. To wyjątkowo paskudne zagranie, chociażby w świetle zorganizowanego jakiś czas temu w Sejmie strajku rodziców dzieci z niepełnosprawnościami. Mam nieoparte wrażenie, że Polki i Polacy z niepełnosprawnościami obchodzą nasz rząd tylko do momentu, w którym się rodzą.

Ach, no i oczywiście ten cholerny Covid… Rząd doskonale wiedział, że wyjdziemy na ulice. Trudno nie myśleć, że cała sytuacja związana z decyzjami Trybunału Konstytucyjnego była elementem gry, w której partia rządząca – znów jest to istotne – próbowała znaleźć Polakom wroga, który będzie odpowiedzialny za wzrost zachorowań. Czyż to nie wspaniały pomysł? Obwinić morderczynie niepełnosprawnych dzieci za to, że spierdoliło się ochronę obywateli przed wielką falą uderzeniową epidemii? Geniusz zła! Na szczęście duża część z nas tego nie kupuje. Strajk Kobiet trwa, ponieważ nadal jest ignorowany.

Przeczytaj także: Związek bez wyjścia z szafy?

Dlaczego ***** *** i w ogóle nie można trochę grzeczniej?

Nie, nie można. Moją pierwszą manifestacją, w której wzięłam udział, był Czarny Piątek na wrocławskim rynku. Była moc, ogrom ludzi, stanowcze hasła, ale pełna kultura. Żadnego jebania PiS-u, Godek ani Bosaka. Nikt nikomu nie kazał wypierdalać. I co? I nic. Cztery lata po proteście ci sami ludzie ponownie próbują odebrać polskim kobietom autonomię. Co to oznacza? Że do polityków PiS-u nic nie dotarło. Że krzyk na ulicy, sam w sobie, przestał na nich robić wrażenie. Niech nikt nie dziwi się zatem, że nie mamy już ochoty być grzeczne i że się radykalizujemy. Przyznam, że ten rok we mnie samej wywołał niemalże rewolucję światopoglądową. W żadnym wypadku nie uważam, że zasadne byłoby lanie kogoś po mordach (tak jak to robią nacjonalistyczni bojówkarze, dodatkowo podjudzani przez Jarosława Kaczyńskiego), body shaming (nie podpisuję się pod hasłami w stylu “Krzysztof Bosak ma małego” i nie bawią mnie one) i inne przemocowe działania. Nie są jednak przemocą przekleństwa, a kobiety nie muszą i przede wszystkim nie chcą już prosić o swoje prawa grzecznie, po cichu, skromnie, na kolanach. Widziałam na ulicach Wrocławia, jak tysiące osób blokuje główne ulice – w samochodach i pieszo – zwiastując początek końca tego bagna. Ludzie się wkurwili. Ja też się wkurwiłam. Jak coś mnie wkurwia, to mówię, że mnie wkurwia, a nie, że złowrogo szumią wierzby czy duch mój na rozżarzone węgle dupą usiadł.

Wolność kocham i rozumiem

Oddać jej nie umiem. Teoretycznie – co mnie aborcja obchodzi? Jestem w związku jednopłciowym i nie nie planuję nigdy zajść w ciążę. Uważam jednak, że każde działanie władzy mające na celu odebranie chociażby skrawka czyjejś wolności to również mój interes. Jeśli pozwolę, aby zabroniono kobietom decydować o swoim ciele, prędzej czy później ktoś odbierze kolejny skrawek wolności – następnym razem mojej. Jeśli zgodzę się na zakaz aborcji w Polsce, to po pierwsze, może to się odbić na innej, bliskiej mi kobiecie (np. przyjaciółce), a po drugie – niebawem ktoś zabroni mi wziąć na ulicy Nadię za rękę. W noc, w którą wróciłam z protestu, ktoś włamał się na nasz balkon, rozciął siatkę dla kotów i zabrał naszą tęczową flagę. Wisiała tam miesiąc i przeszkodziła komuś “życzliwemu” dopiero w takim momencie. Przypadek? Nie sądzę. Decyzja Trybunału Konstytucyjnego to atak na wolność, nas wszystkich. To próba doszczętnego spalenia ostatnich mostów porozumienia między obywatel(k)ami o różnych poglądach. Jedyny prawdziwy wróg to ten na Wiejskiej. Czy pozwolimy mu wygrać? To zależy tylko od nas.

#nigdyniebędzieszszłasama

Oceń:
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars
Loading...

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *