Wyszukaj

Serial, który jest kobietą – nasza recenzja “Orange Is The New Black”

Podziel się

Wkrótce możemy spodziewać się szóstego sezonu popularnej produkcji Netflixa Orange Is The New Black. Nie widziałaś jeszcze poprzednich sezonów? Przeczytaj nasz tekst, a przekonasz się, że warto to nadrobić.

Orange Is The New Black to produkcja platformy streamingowej Netflix. Głównym wątkiem (na początku) są losy Piper Chapman (Taylor Schilling), białoskórej, dobrze usytuowanej Amerykanki w pozornie szczęśliwym narzeczeństwie. Kobieta trafia na 15 miesięcy do więzienia w Litchfield za posiadanie pieniędzy zarobionych za narkotyki. Wątek ten jest pretekstem do opowiedzenia o najróżniejszych bohaterkach, których losy poznajemy także we flashbackach.

Emilia: Orange Is The New Black to w ogóle mój ulubiony serial. W zeszłym roku wyrwał mi z życia wiele godzin. I nie żałuję! To lesbijski must watch, przy czym nie tylko o lesbijki chodzi. Poznajemy wiele niebanalnych historii więźniarek, które wciągają jak doskonale usmażone frytki. Chyba coś w tym jest, skoro chętnie oglądałaś ze mną odcinki, które widziałaś wcześniej sama?

Nadia: Bo to dobry serial jest. Choć nie mój ulubiony. Oglądanie odcinków całkiem wyrywkowo nie ma większego sensu. Fabuła jest ze sobą powiązana. Choć odcinki można nazwać… tematycznymi? Bardzo często skupiają się na jednej, konkretnej więźniarce. Opowiadają jej historie, pokazują życie w więzieniu. To podobało mi się najbardziej. Naprawdę wiele postaci jest tam świetnie zarysowanych. Nie da się ich nie kochać. Nawet, jeśli na początku ich nie znosimy (patrz: Pennsatucky). Szkoda tylko, że ta nieszczęsna Piper staje się nie do zniesienia, nie?

Emilia: Zastanawiałam się, która z nas pierwsza zacznie pluć jadem na Piper. O ile ty w ogóle masz mało cierpliwości w stosunku do tego typu bohaterów, to ja, chyba jednak bardziej cierpliwa, też nie trawię tej postaci. Ale jeśli nie lubi się Chapman, to nie ma problemu, bo – jak mówisz – narracja obejmuje wiele innych więźniarek, których nie sposób nie kochać (w międzyczasie trzeba też zachować energię na nienawiść dla innych, choćby dla Pornowąsa). Piper ma jednak niezaprzeczalny plus: obok niej zawsze jest piękna i seksowna Alex (Laura Prepon). Ich relacja to rollercoaster, z którego nie chce się wysiadać. I to jest super.

Nadia: Większość wątków miłosnych jest zrobiona ciekawie. Nie wiem czy to faktycznie taki lesbijski must watch. Bardziej babski. Im dalej w sezony, tym robi się bardziej babsko. Feministycznie. Jeśli na początku to tylko ciekawe i zabawne historyjki z męczenia się w więzieniu, to potem nie ma wątpliwości, że macice więźniarek też grają dużą rolę. Nie tylko przez braki sanitarne w dostępie do podpasek. Serial wykorzystuje popularność, by w przystępny sposób mówić o rzeczach trudnych. I to dobrze. Ale czy jest to rewolucyjne, świeże, niesamowite i lesbijskie bardziej niż fryzura Ellen DeGeneres? Dla mnie nie.

Emilia: To właśnie miałam na myśli, mówiąc, że ten serial jest kobietą – bo, faktycznie, oprócz lesbijek mamy opowieści na inne tematy, na przykład walkę o silną pozycję w grupie pomiędzy dwiema paniami w średnim wieku (Vee i Red). Więc owszem, jest bardzo babsko. Lesbijki wydają mi się tu o tyle ważne, że najczęściej takie wątki w serialach są zarysowane dość nieśmiało (Orphan Black) albo drastycznie się je ucina (The 100). W Orange… – choć historii miłosnych jest sporo – są one (jak dla mnie) bardzo wyraziste. I to trzeba docenić.

Nadia: Wyrazista jest fabuła, postaci, wątki romantyczne i aktorzy. To nie są ładne, amerykańskie panienki, którym niczego nie brakuje. Większości z tych bab brakuje absolutnie wszystkiego. Ale tak przecież wszystkie wyglądamy. I tak wyglądałyśmy w trakcie odsiadki w więzieniu. To znaczy, ja bym wyglądała nieźle. Ty gorzej, Emilko, bo by cię kocili.

Emilia: Wypraszam sobie! Może byłabym czarna i wtedy miałabym swój wianuszek silnych bab, które by mnie broniły. Jak Poussey. A Ty byłabyś w tym serialu Nicky. Zdecydowanie.

Nadia: Dziękuję, Kochanie. Wiesz, jak mnie zmiękczyć. Ale wróćmy może do serialu? Serial to jeszcze muzyka. Ona już tak nie błyszczy. Jest w porządku. Kilka numerów zostało mi na playliście do dziś, o reszcie zapomniałam. Warto też zwrócić uwagę na wyjątkowo długie intro, które na początku zaciekawia, a potem daje tylko kolejne możliwości do wychwalania Netflixa za to, że można na nim pomijać czołówki. Miałam momenty, w których intro pojawiało się wręcz niespodziewanie. Serial pochłaniał, odcinek mnie zachwycił. Ale były też chwile, gdy tego intra wyczekiwałam. Sezony są dość nierówne. Twórcy mają pecha do cyfr nieparzystych. Chociaż nie. Pierwszy był niezły. Może dlatego że pierwszy. Musieli jakoś rozruszać. Gorzej z trzecim i piątym, w których nastąpiły mocne stagnacje. Emocje stały się lekko mdłe, działo się zwyczajnie mniej. Trzeci sezon wynagrodziły mocne wydarzenia z czwartego. Myślisz, że szósty podsumuje i rozbudzi to śpiące posuwanie się akcji na przestrzeni kilku dni (w pozostałych sezonach to były tygodnie lub miesiące) jak należy?

Emilia: Trudno przewidzieć. Piąty mógł rozczarować właśnie z powodu rozciągnięcia jednego odcinka nie na dni, lecz na godziny. To prawda. Z szóstym sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo więźniarki mają być rozrzucone w różnych zakładach. Co to oznacza? Że wędrując z tymi kobietami po nowych miejscach, będziemy poznawać siłą rzeczy nowe postacie. Będzie na to czas? Boję się, że nie. I że zrobi się płytko. A relacje romantyczne też stanęły w ciekawych momentach. Bardzo nie mogę się doczekać premiery, ale cholernie się boję, że jeden sezon nie wystarczy i że twórcy tym razem stracą kontrolę nad mnogością wątków. Chyba, że spuszczą na serialowy świat meteoryt, który wszystko rozwali i zakończy. Okaże się.

Nadia: Twórcy nie bali się do tej pory odcinków trwających nawet 90 minut, więc mają gdzie upychać. Mam przeczucie, że nowi i obcy będą pokazywani pobieżnie. Zarysowywani,  a nie prezentowani. Skoro wszystko ma być nowe, obce, dalekie i straszne, to niech postaci też takie będą, prawda? Ale wszystko jest oczywiście w głowach twórców. Nie rzucili nam nawet trailera, trudno spekulować. Możemy tylko czekać i robić zapasy niezdrowego jedzenia na całonocny seans sezonu szóstego.

Emilia: Ale przyznasz chyba, że czeka się z niecierpliwością? Cokolwiek się tam wydarzy, chciałoby się to już zobaczyć. I to według mnie najlepszy dowód na to, że Orange… jest po prostu dobrym serialem, dość istotnym, choć przekornym, jeśli go porównać do innych produkcji Netflixa. Dla mnie 9/10.

Nadia: Fakt. Chcę wiedzieć co i jak zrobią. Netflixie, nie bądź taki. Zaspokój moje lesbijsko-więźniarskie fantazje i rzuć nam ostatnim sezonem w twarz! Na pewno damy wam znać, czy dostaniemy tortem czy błotem.

Nadia i Emilia

Podoba ci się nasz tekst? Udostępnij go w social mediach!

 

Oceń:
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars
Loading...
Tags:
Poprzedni wpis

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *