Wyszukaj

Czym dla mnie (nie) jest pride?

Podziel się

Czerwiec! Ruszają marsze równości, producenci napojów energetycznych wrzucają na Fejsbuki tęczowe grafiki, a deklarowani homofobi dostają białej gorączki. A ja? Dla mnie to przede wszystkim czas, aby zastanowić się, co tak naprawdę łączy mnie z tęczą. 

Kiepskie z nas lesby, bo nie chodzimy na marsze.

W zeszłym roku o tej porze Nadia napisała tekst, dlaczego nie chodzi na marsze równości. Część osób komentowała, że się z nią zgadza i ma podobne odczucia, ale taka sama, jeśli nie większa część zarzuciła Nadii ignorancję. Dla mnie to było po prostu słabe. Bynajmniej, nie sam fakt krytyki mojej partnerki mnie zirytował. Raczej to, że mając podobne zdanie do niej, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu poczułam, że kiepska ze mnie lesba. Wyszło bowiem na to, że postawa, którą wykazuję na co dzień, nie ma znaczenia, jeśli raz w roku nie wychodzę na ulicę. Bez znaczenia, że nie lubię po prostu formy, jaką jest marsz. I że nie czuję się dobrze na takich eventach. Pamiętam, jak z poczucia obywatelskiego obowiązku chodziłam na wrocławskie Czarne Protesty. Spoko, poczułam tę energię oporu, ale kosztem paniki i doła, o jakie przyprawia mnie przebywanie w tłumie. 

Ale gwoli ścisłości nie uważam, że uliczne manifestacje są do bani.

Myślę natomiast, że nie jest to forma doskonała dla wszystkich osób nieheteronormatywnych. Z pewnością nie jest dla mnie. Przyjaźniłam się swego czasu z osobą, dla której sposobem na życie było machanie tęczą przed oczami każdej napotkanej jednostki (nieważne, jakiej orientacji i o jakich poglądach). Było to w czasie, w którym nie byłam pewna swojej orientacji i kwestia ta bardzo mnie stresowała. Czy postawa tej osoby pomogła mi w comingoucie? Nie. Mocno mnie przed nim zahamowała na kolejne miesiące. Wywoływało to we mnie autentyczny lęk – lęk, że pogodzenie się z moją biseksualnością stworzy ze mnie taką właśnie osobę. Osobę, która swoje kompleksy chowa za krzyczeniem i tęczową flagą. Osobę, która buduje pozorną pewność siebie na orientacji seksualnej, która, na litość, nie jest jedyną definicją człowieka. Odstręczają mnie ci, którzy patrzą na LGBT+ z co najmniej niechęcią, jakby gej, lesbijka lub osoba transseksualna nie miała innych cech niż to, w kim się zakochuje i z kim sypia. Równie bardzo odstręczają mnie jednak postawy osób LGBT+, które prezentują się swojemu otoczeniu tak, jakby świat poza byciem w mniejszości seksualnej w ogóle dla nich nie istniał. Uważam to za szkodliwe i nie jest to na pewno moja droga.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każda osoba, która maszeruje z tęczową flagą, ma obsesję.

Ba, pewnie mniejszość uczestników marszów taka jest. Większość idzie tam z zamiarem wyrazu poparcia dla zwykłej, ludzkiej miłości i respektowania praw każdego obywatela. Przynajmniej taką mam nadzieję! Czy to jednak w jakiś sposób zobowiązuje mnie do krzyczenia na ulicy w tłumie obcych, usmażonych na czerwcowym słońcu ludzi, między którymi moja introwertyczna natura nie pozwoliłaby mi się dobrze czuć, bawić ani ciepło wspominać tego eventu w przyszłości? Zresztą, mam problem z jeszcze jedną rzeczą.

Nie jestem dumna ze swojej orientacji.

Podobnie, jak nie jestem dumna z bycia Polką, kobietą ani sympatyczką brokułów. Wydaje mi się to bez sensu. Podobnie jak bez sensu byłoby “czuć dumę”, że ma się taki, a nie inny kolor włosów. Dumna jestem z rzeczy, które robię i które wychodzą mi dobrze (wedle opinii mojej i otoczenia). Na przykład z tego, że od 8 lat nie jem mięsa w trosce o zwierzęta. Albo z tego, że obroniłam pracę dyplomową. Z tego, że uratowałam kiedyś jeża przed nadjeżdżającym samochodem. Lub ze swoich wolontariatów. I z tego, że stanęłam w swojej poprzedniej pracy w obronie transseksualnej współpracowniczki, którą inne osoby z biura wyśmiewały. Hasło, które środowisko LGBT+ ochoczo forsuje, zwłaszcza w tym miesiącu: “bądź dumny/a z tego, kim jesteś”, brzmi dla mnie znajomo. To samo mówią przecież nacjonaliści. I też wychodzą na ulicę. Ja wiem, że to porównanie może spuścić na nasz blog bombę porównywalną z katastrofą w Czarnobylu, bo przecież my, weseli ludzie z kolorowymi buziami, mówimy głośno o miłości, a nie o spuszczaniu wpierdolu Żydom (w przeciwieństwie do naszych nacjonalistycznych współobywateli). Oczywiście, że tak. Marsze równości są z założenia radosne i pełne pozytywnej energii skierowanej do całego świata. Z założenia nie robią krzywdy nikomu oprócz wkurwionych kierowców stojących w korkach dłużej niż zwykle. A zostały zapoczątkowane, aby upamiętniać słynne zamieszki Stonewall. I walczyć o uzyskanie dla nas praw takich samych, jakie ma heteronormatywna część społeczeństwa. I to jest okej. Sama się pod tym podpisuję obiema rękami i nogami. Mam natomiast wątpliwości, czy przekaz: “jestem dumny/a, że urodziłem/am się akurat taki/a” to jest najlepsza droga na świecie.

Potrzebujemy zmiany mentalności tych, którzy teraz są przeciw.

Nie widzę za bardzo, jak wspomniany wyżej przekaz miałby ją zmienić. Jeśli ktoś mnie nienawidzi za to, że jestem z kobietą, to jak wyjdę na ulicę i powiem: “ej, jestem z kobietą!”, od uprzedzonej do LGBT+ osoby usłyszę pełne obrzydzenia: “pedały do gazu, lesby do pornoli!”. Pionę zbiją sobie ze mną tylko ci, którzy i tak nic do mnie nie mieli wcześniej. I znów: maszerowanie z intencją edukowania samo w sobie jest okej i wiadomo, że działa. Jest tylko jedno ALE.

Jestem ambasadorką pracy u podstaw.

Jej ogromna waga dotarła do mnie w mojej poprzedniej pracy. Moi managerowie i liderka kojarzyli LGBT+ głównie ze swoim ekscentrycznym przyjacielem-gejem, który nie prowadził stylu życia podobnego do nich. Był dla nich kosmitą. Kochanym, but still – kosmitą. Kiedy dowiedzieli się o moim związku z Nadią, wydawali się być w szoku, że takie relacje istnieją i… są bardzo podobne do ich relacji. Swój związek malowałam w ich oczach dokładnie takim, jakim był – jako związek, którzy rządzi się takimi samymi prawami, jak związek kobiety i mężczyzny. Jedną z najważniejszych dla mnie chwil w tamtej pracy był moment, w którym manager przyznał, że zmieniłam jego myślenie na nasz temat. Ba! Zatrudnił potem wspomnianą dziewczynę trans, za którą wraz ze mną stawał murem, gdy pozostali w biurze się z niej podśmiechiwali. I z tego chyba mogę być dumna. Starałam się i staram opakowywać sprawy LGBT+ nie w tęczę, która – co z naszej perspektywy oczywiście wydaje się śmieszne – razi nieobytych z nią ludzi w oczy. Zamiast tego skuteczniejsze wydaje mi się pokazywanie, że jesteśmy na co dzień tacy sami jak oni. To jest klucz do edukowania ich. I oczywiście takie podejście może iść w parze z marszem równości, ale… czy musi, jeśli czuję, że to nie moja droga?

Mamy wystarczająco dużo wrogów. Nie bądźmy nimi sami dla siebie.

Więc jeśli ty marsze lubisz – chadzaj na nie i mów innym, że to jest fajne. A nuż, pójdą za rok z tobą! Tylko nie mów osobie, która nie podziela twojego entuzjazmu, że jest egoistyczna. Nie wpędzaj ludzi LGBT+ takich, jak ja czy Nadia, w poczucie, że jesteśmy wykluczeni z tej społeczności tylko dlatego, że bardziej naturalnie i skutecznie przychodzi nam edukowanie ludzi w sposób inny niż twój. Czy jeśli nie wstąpimy w tęczowe szeregi w naszym mieście, to czeka nas jakieś wykluczenie? Z mniejszości w jeszcze jedną mniejszość, która nie spełnia standardów twojego światopoglądu? Nie mówię nigdy, że “nigdy”. Może kiedyś poczuję ciekawość czy sens, aby na marsz równości pójść. Ale na razie tego nie mam i chcę na rzecz walki o równe prawa działać w życiu codziennym tak, jak działałam do tej pory. Oczywiście popieram wszelkie działania związane z miesiącem dumy. I życzę w nim każdemu i każdej jednego: żeby ta duma oznaczała dla was nie tarczę chroniącą przed strachem, ale po prostu samoakceptację, z której rodzi się prawdziwa siła do walki o równe prawa.

Oceń:
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars
Loading...
Tags:

2 komentarze

  1. Loveislove 9 czerwca 2019

    Brawo brawo brawo!! Wszystkie słowa w punkt! Zgadzam się z Twoimi słowami i podpisuje się pod tym!! 💛

    Odpowiedz
  2. Blueberry 10 czerwca 2019

    Bardzo fajny tekst i taki, w którym odnajduję to, co mi się wydawało do tej pory – że nie muszę odczuwać presji i dyskomfortu w związku z tym, że na żadne marsze się nie pcham. Ogółem bardzo spoko blog, pozwala przemyśleć kilka kwestii i fajnie się czyta. Będę zaglądać częściej 🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *