Wyszukaj

Byłam „hetero”! – jak odkrywałam swoją tożsamość seksualną

Podziel się

Czy jestem biseksualna? – to pytanie męczyło mnie przez lata. Oczywiście, to normalne, że na różnych etapach życia otwierałam po jednej z trzech szufladek, których zawartość miała wyjaśnić, z kim chciałabym być w związku, a z kim sypiać. Nie wiem, czy już do końca życia zostawię uchyloną jedną, ale wiem coś o wiele ważniejszego – nie muszę się tym martwić.

Trzeba było być hetero

Moje pierwsze zauroczenie? Podobali mi się chłopcy ze starszych klas, ale uczucia względem nich były niczym naprzeciw czarującej pani od języka polskiego. Nie dość, że była bardzo ładna, to mogłam rozmawiać z nią w nieskończoność na dodatkowych zajęciach… Ale myślę, że ona dorobi się osobnego posta. W każdym razie nie było wygodne zauroczyć się w mężatce-matce-nauczycielce, będąc trochę (z perspektywy czasu) żałosną nastolatką, która nie wiedziała, że można tak po prostu pragnąć kobiety. Choć teraz oczywiście jest inaczej, to wówczas nie chciałam sobie odpowiadać, czy jestem biseksualna. Wewnętrzna szarpanina, pamiętniki wypełnione bolesnymi opisami, najwyższy stopień dramaturgii właściwej dla 15-latki… i to okropne poczucie, że jest się popieprzonym dziwadłem. Ale trzeba było zacisnąć pięści. I dorosnąć. I być hetero.

Co za ulga!

Potem przez parę lat byli mężczyźni. Dwa związki i kilka niedoszłych. Pociągali mnie fizycznie i emocjonalnie. Zwłaszcza, że byłam wybredna i dopuszczałam do siebie wyłącznie ładnych panów z mózgami i pasjami na wyposażeniu. I jakoś było. Trzy dosyć bolesne podpalenia mostów, ale poza tym okej. Po prostu nie było fajerwerków. Było normalnie.

Studia, duże miasto, nowi znajomi, na początku dalej faceci. Coraz więcej homo- i biseksualnych znajomych: w pracy, na uczelni, wśród znajomych znajomych. I zaskakujące stwierdzenie, że oni są i są całkiem prawdziwi. Niektórzy w szczęśliwych związkach. Ale super! Potem przyjaźń z lesbijką, okrutnie zakończona jednostronnym zauroczeniem (nie moim). Nie chciałam być ani sypiać z tą dziewczyną, choć była mi bardzo bliska, więc stwierdziłam: „już wszystko jasne – jestem hetero!”. Cóż to była za ulga! „Będę mieć chłopca, którego zabiorę kiedyś na obiad do mojej homofobicznej rodziny i wszyscy będziemy zadowoleni!”. Pytanie “czy jestem biseksualna?” zaczęłam błogo ignorować.

Przekorne zauroczenie

Dosłownie chwilę potem – Nadia – znajoma ze studiów, flirtująca bez pardonu ze mną i innymi dziewczynami. Żaden facet nigdy nie zawstydzał mnie tak jak ona. Ale przecież byłam hetero i ciągle dawałam to Nadii do zrozumienia, dziwnie się tym wszystkim irytując. Mimo to zaprzyjaźniłyśmy się. Ja miałam swojego niemal idealnego faceta, a ona dalej mówiła mi te wszystkie bajery, od których ściskało mnie w podbrzuszu. Po kilku miesiącach zrozumiałam, że wpadłam po uszy. Byłam w tej bezczelnej i totalnie-nie-w-moim-typie babie zakochana. Bolesne rozstanie z tamtym chłopakiem, a niedługo potem początek związku z Nadią, w którym jestem szczęśliwa jak nigdy wcześniej.

Cieszę się, że nareszcie naprawdę się zakochałam i że brak akceptacji – także mojej, dla samej siebie – mi tego nie odebrał. Siebie podziwiam za nieznaną mi wcześniej odwagę do zmian, a mojej dziewczynie jestem wdzięczna, że pozbawiła mnie głowy. Nie powiem, że niczego nie żałuję, bo cholernie żałuję – nigdy nie chciałam, żeby przez moje problemy z własnym „ja” polała się krew niewinnych. Chciałam zakończyć te przemyślenia patosem („miłość to wojna, a na wojnie są ofiary”), lecz zrezygnowałam z tego na rzecz prostej i być może równie rozczarowującej rady: dziewczyny, możecie otworzyć wszystkie szufladki naraz, jeżeli tylko tak czujecie. Tego wam życzę.

Emilia

Jeżeli podoba ci się mój tekst i sądzisz, że inni też powinni go przeczytać – udostępnij go, proszę, w social mediach!

Oceń:
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars
Loading...
Tags:

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *