artykuł dodany 23 lutego 2010 przez adminkaW ostatnich tygodniach głośno o represjach, jakich doświadcza polska społeczność na Białorusi. Tymczasem mniejszości narodowe nie są ani największą, ani jedyną grupą społeczną szykanowaną przez reżim.
Amnesty International, Human Rights Watch i inne organizacje zajmujące się prawami człowieka mówią krótko: na Białorusi o przestrzeganiu praw człowieka można pomarzyć. Reżim Aleksandra Łukaszenki prawem i siłą milicji tłumi publiczne zgromadzenia, zamyka niewygodne, w praktyce - wszystkie prywatne, gazety, a zaangażowane w nie osoby bez skrupułów zamyka w aresztach.
Jakakolwiek aktywność publiczna, oprócz tej partyjnej, jest przez władze źle widziana, dlatego w służbę reżimowi angażuje się prawo. Procedury rejestracji organizacji pozarządowych mogą dzięki niemu trwać w nieskończoność, prywatni przedsiębiorcy muszą znosić coraz bardziej absurdalne przepisy, jak ten z 2009 roku, nakazujący zatrudnianie w małych firmach wyłącznie członków rodziny pod groźbą płacenia wyższych podatków.
Władza nie oszczędza nikogo, kto odważy się zaprotestować przeciwko jej posunięciom. Jakakolwiek zmiana, jeśli nie jest inicjowana przez państwo, stanowi w mniemaniu reżimu największe zagrożenie stabilności Białorusi. Szczególnie, gdy "wrogowie reżimu" uderzają w mityczne filary Białorusi – prawosławną moralność i rodzinę.
Wrogi element
Osoby homoseksualne są w Białorusi traktowane jako wrogi element. Sam prezydent Łukaszenko przemawiając w 2004 roku przed urzędnikami Białoruskiej Rady Bezpieczeństwa, wyraźnie nakreślił oficjalną białoruską politykę w kwestii osób LGBT: "(..) musimy pokazać naszemu społeczeństwu, co oni (Unia Europejska, Stany Zjednoczone) tutaj wyprawiają, jak próbują zamieniać nasze dziewczęta w prostytutki, (…) jak rozpowszechniają różne perwersje homoseksualne..". Choć homoseksualizm został wykreślony z listy przestępstw w 1994 roku, nadal stosunek większości mieszkańców Białorusi do osób homoseksualnych jest negatywny. W 2002 roku 47% z nich uważało, że lesbijki i gejów powinno zamykać się w więzieniach.
Homofobii sprzyja polityka państwa, które tworząc prawo konsekwentnie omija kwestie związane z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. W białoruskim prawie nie ma zapisów antydyskryminacyjnych, które dawałyby lesbijkom i gejom możliwości dochodzenia swoich praw w sądach. Brak regulacji w kodeksie pracy powoduje, że na porządku dziennym jest zwalnianie osoby pracującej jedynie za podejrzenie posiadania "niewłaściwej" orientacji.
Białoruska milicja podziela homofobiczne nastroje społeczeństwa. Według raportów organizacji pozarządowych, większość homoseksualnych ofiar napaści nie zgłasza sprawy na milicję, nie wierząc w jej intencje ani skuteczność. Choć w tworzonym od lat 90. na Białorusi układzie politycznym nie ma szans na legalizację związków partnerskich, władze, podobnie jak w Polsce, zabezpieczyły się dodatkowo przed ewentualnymi postulatami ruchów LGBT, wprowadzając do konstytucji definicję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.
Poza rządem, poza prawem
Nawet bez konstytucyjnego zapisu, walka o prawa gejów i lesbijek nie byłaby łatwiejsza. O ile "zwykłą" organizację pozarządową jest trudno, ale da się zarejestrować, o tyle w przypadku organizacji LGBT jest to praktycznie niemożliwe. Białoruskie NGO skierowane do gejów i lesbijek funkcjonują poza prawem – jako inicjatywy niezarejestrowane, a więc nielegalne. W 1999 roku minister sprawiedliwości zablokował rejestrację Lambdy Białoruś, pierwszej w tamtym okresie organizacji gejowsko-lesbijskiej. Lambda działała prężnie do 2006 roku, później jej założyciele zainteresowali się bardziej dochodową branżą pornograficzną.
Najbardziej aktywną NGO pozostaje obecnie gejowska Tema, która prowadzi popularną na Białorusi stronę pride.by i organizuje co roku festiwale dumy gejowskiej. Do niedawna w Mińsku i Brześciu funkcjonowała Yana, jedyna znacząca organizacja lesbijska, którą udało się zarejestrować (formalnie była organizacją młodych kobiet). Aktywistki z Yany przygotowywały spotkania i wydarzenia kulturalne dla lesbijek. Niedawno Yana zawiesiła jednak działalność. Jedyną legalną NGO pozostaje działająca od wczesnych lat 90. "Wstrecha", która zajmuje się profilaktyką HIV i AIDS wśród gejów. Nie ma jednak charakteru politycznego.
Reżim Łukaszenki nie przebiera w środkach - powszechne jest utrudnianie pracy organizacji przez białoruskie służby bezpieczeństwa, wielokrotne przeszukania biur, rekwirowanie sprzętu i dokumentów. Przeciw działaczkom i działaczom prowadzone są śledztwa, stosowane wielodniowe areszty, znane są także przypadki wielokrotnych pobić przez niezidentyfikowanych sprawców, a nawet tajemniczych zniknięć.
Nowelizacja kodeksu karnego z grudnia 2005 roku dała władzom jeszcze jeden przysłowiowy kij do walki z aktywistami. Przepisy pod groźbą grzywny i pozbawienia wolności zabraniają prowadzenia jakiejkolwiek działalności przez organizacje, które nie zostały zarejestrowane, sprowadzając działalność NGO do podziemia. Ukracają także możliwość organizowania demonstracji kuriozalnym artykułem 293, który czyni karalnymi "nabywanie wiedzy lub inne formy przygotowań" do masowych zgromadzeń, a także ich finansowanie. Jeśli w dodatku naruszają one porządek publiczny, kara może urosnąć z 6 miesięcy więzienia do nawet 2 lat.
Spokojny sen białoruskiemu reżimowi zapewnia też artykuł 369 o "dyskredytowaniu Republiki Białorusi", który za rozpowszechnianie i przekazywanie, na przykład w formie raportów przygotowywanych przez NGO, "fałszywych informacji" na temat władz państwowych, sytuacji politycznej czy społecznej kraju przewiduje karę do pół roku więzienia. Kto ocenia prawdziwość publikacji, nie trzeba chyba pisać.
Mimo tych trudności, w 2001 roku w Mińsku odbyła się pierwsza parada równości połączona z festiwalem wydarzeń gejowsko-lesbijskich. Marsz, w którym wzięło udział około 150 osób przebiegł bez zakłóceń. Później jednak państwowa telewizja wykorzystała go do celów politycznych, skutecznie kłócąc partie opozycji z organizacjami LGBT. W późniejszych latach przemarsz usunięto z kalendarza imprezy, pozostawiając tylko spotkania i dyskusje. Rezygnując z walki o organizację marszu, organizatorzy festiwalu pokrętnie tłumaczyli, że białoruskie społeczeństwo nie jest gotowe na uliczne manifestacje osób LGBT.
Czy to prawda, białoruskim lesbijkom i gejom m przyjdzie się przekonać już wkrótce. Na połowę maja tego roku zaplanowano w Mińsku drugą Slavic Gay Pride – wspólną inicjatywę organizacji LGBT z Rosji i Białorusi. Zarówno władze Moskwy jak i Mińska uparcie zakazują organizowania parad, co czyni niestrudzoną Slavic Pride wydarzeniem, przyciągającym uwagę mediów. Pierwsza parada, zorganizowana rok wcześniej w Moskwie, z całą mocą ukazała brutalność rosyjskiego państwa. Na zdjęciach, które obiegły wszystkie media świata, widać było zakrwawionych demonstrantów, brutalnie bitych przez stróżów porządku i wpychanych do milicyjnych suk. Przemarsz był nielegalny, funkcjonariusze zachowali się dokładnie tak, jak powinni – ucinali międzynarodowe protesty Rosjanie. Już teraz wiadomo, że od ich białoruskich kolegów nie należy spodziewać się większej wyrozumiałości. Władze Mińska jak zaklęte powtarzają, że manifestacje środowisk homoseksualnych były i będą nielegalne – międzynarodowa Slavic Pride nie będzie wyjątkiem.
Niewygodny sąsiad
Nie ulega wątpliwości, że zachodnie kraje mają z Białorusią duży kłopot. Reżim nie aspiruje do bratania się z europejskimi sąsiadami – 20 lat po upadku komunizmu zachodni sąsiedzi Białorusi to ciągle bardziej "wrogi blok sił", niż potencjalny partner do dialogu.
Zmiany następują powoli – na niedawne zaproszenie Białorusi do udziału w unijnym programie Partnerstwa Wschodniego, tamtejsi oficjele zareagowali nieufną obojętnością. O ile zawiązanie ściślejszej współpracy gospodarczej byłoby dla nich do zaakceptowania, o tyle zainteresowanie Brukseli łamaniem praw człowieka, nazywają wtrącaniem w wewnętrzne sprawy państwa.
Politolodzy przewidują, że do białoruskiej odwilży może dojść tylko pod jednym warunkiem – odejścia Aleksandra Łukaszenki od władzy. Nie będzie to łatwe. Łukaszenka sprawuje urząd prezydenta nieprzerwanie od 1994 roku. Żadne następne wybory nie zostały od tego czasu uznane przez OBWE za uczciwe. Zmiany w konstytucji, które dyktator przeforsował w 2004 roku, dają mu możliwość dożywotniego kandydowania na stanowisko głowy państwa.
Ekonomiczne rachunki są jednak nieubłagane – Białorusi pilnie potrzeba głębokich reform, zarówno gospodarczych i politycznych, by móc odnaleźć się w kapitalistycznym świecie. Demokratyczny zwrot – mówią eksperci – prędzej czy później nadejdzie. Za nim do białoruskiej rzeczywistości powoli wkroczą nowe porządki, uznające prawa człowieka nie za wymysł humanistów, ale za oczywistość. Inna sprawa, że demokracja nie zapewnia dobrego prawa, oferuje mu jedynie możliwość ukształtowania się. Ale to już zupełnie odrębna historia.
Magda Korona
fot. politkowska.blox.pl